Podsumowanie pierwszych tygodni nowego roku

Początek roku nie pozwolił mi na nudę. To będzie trochę osobisty wpis, ale i takie są potrzebne na blogach. Nie znajdziesz tu cudownej recepty na każdy problem. Dowiesz się, jak bardzo niedoskonali jesteśmy.

Ledwo zdążyłam się zorientować, że to już luty. Tyle się dzieje. Rok 2020 zaczął się dla mnie z przytupem i tak szaleńczym tempem, że ciężko mi to wszystko ogarnąć. Nadal. Ale jest lepiej. Podobno człowieka spotyka tylko to, co jest w stanie znieść. Dlatego też postanowiłam napisać Wam zupełnie na luzie o tym, co się u mnie działo przez ostatnie tygodnie. Obiecałam sobie, że nie będę już więcej pisać w pośpiechu i na siłę - stąd ta cisza.

Powodem mojego milczenia jest choroba - zarówno moja, jak i bliskich mi osób. U mnie jak zawsze, zapalenie zatok i oskrzeli, ale mama i babcia są w takim stanie, że wymagają opieki. Nie będę tutaj wchodzić w szczegóły, ale chodzi o chorobę nowotworową, bardzo zaawansowaną. Od ponad 10 lat jestem częstym gościem w szpitalach. Mogłabym już tam zakamarkami oprowadzać wycieczki. Najgorsza jest jednak opieka w domu, brak czasu i chwile bezsilności. Rak w rodzinie oddziałuje na wszystkich, nie tylko na chorą osobę. Jest ciężko. Czasem coraz bardziej mam dość. 6 lat temu wyprowadziłam się i mogę sobie pozwolić na chwile odreagowania, bo nawet nie wiem jak to teraz nazwać. Jednak to wszystko ciąży nade mną jak gradowa chmura.

To wszystko jest jak zły sen. Obserwowanie przemijania i śmierci w bólu w przyśpieszonym tempie. Nie da się tego opisać. Ludzie, którzy odchodzą spokojnie, we śnie,bez bólu, mają naprawdę dużo szczęścia.

W grudniu pierwszy raz poszłam do hospicjum zapisać mamę do leczenia domowego. Teraz jest to nieoceniona pomoc. Żałuję, że zwlekałam do ostatniej chwili, ale kiedyś napiszę o tym, jak funkcjonuje pomoc hospicyjna. Oczywiście potrzebna jest zgoda tej najbardziej zainteresowanej osoby, a tej długo nie mogłam uzyskać.
Miasto Gdańsk wspiera naprawdę wspaniałą placówkę - Hospicjum im. ks. Dutkiewicza. Jestem przyzwyczajona do oschłości i obojętności wśród społeczeństwa, ale tam pracują naprawdę dobrzy ludzie. Za każdym razem, kiedy mam z nimi kontakt nie mogę wyjść z podziwu. To jest kwintesencja dobra i życzliwości. Mama nie chciała się zgodzić na pomoc, bo przecież hospicja kojarzone są ze śmiercią i wzbudzają strach. Tylko czasem przychodzi taki moment, kiedy już inaczej się nie da. Więc nazwijmy to kolejnym etapem oswajania śmierci przez kogoś, kto już długo patrzy jej prosto w oczy.

Zaniedbałam zdrowie i pracę, ale po kilku chwilach załamania nadal tutaj jestem i się staram

A ja w środku tego całego nieszczęścia nie mam czasu żeby zadbać o swoje zdrowie i bez przerwy jestem chora, przeziębiona, przeciążona i tak w kółko. Nie dbam o siebie, nie dystansuję się tak, jak powinnam. Upadam, tracę nadzieję, ale zdarza mi się podnosić. Jestem zmęczona i na nic przypominanie mi, że inni mają gorzej, albo że powinnam się bardziej zdystansować. W sumie pracuję nad tym bardzo mocno. Nawet jeśli często myślę o sobie, że jestem słaba, bo nie daje rady, staram się odpowiadać myślą, że jednak jestem silna, przeszłam dużo, potrafię wiele i mogę być dumna - działa. Wydzieram z życia tyle chwil, ile tylko mogę. Ideały i cudowne receptury nie istnieją. Cudowne życie w mediach społecznościowych także do mnie nie przemawia. Nie jesteśmy perfekcyjni.

I to nic, że właśnie wypisałam się z weekendowego szkolenia, na którym tak bardzo mi zależało. Pewnie będą następne i dam radę tam być. Wszystko kiedyś musi się ułożyć. Dlatego tak interesująca jest dla mnie tematyka slow i wolne obroty, na których staram się być tak często, jak się da. Dobrze jest doceniać to, co się ma. Czasem pomarudzić i robić dalej swoje. Mimo wszystko, działać na 100 procent trzeba czasem przystanąć i naładować baterie. Bez odpoczynku stajemy się tylko zmęczonymi, zawistnymi i narzekającymi potworami.

Trochę motywacji

O tych wszystkich latach myślę, jak o treningu udoskonalającym. Wiele razy myślałam, że nie dam rady, a jednak się udało. Więc jeśli myślisz, że wszystko jest tak beznadziejne, że już nic nie da się zrobić, możesz się naprawdę zaskoczyć. Oczywiście, że nikogo nie obchodzi przez co akurat przechodzisz, ale nie ma problemu, bo na końcu i tak dasz radę. Chyba tak jesteśmy skonstruowani.

Pierwsze tygodnie tego roku to dla mnie również trening stanowczości, dobrej organizacji czasu i walki ze słabościami. Być może będę teraz mniej podróżować, ale mniej nie musi oznaczać gorzej. Będą podróże bliższe i krótsze, więcej przeczytanych książek i kroków zrobionych na spacerach nad morzem. Na szczęście nigdy się nie nudzę.

Teraz piszę to wszystko ze spokojem, ale nie mam pojęcia dokąd zaprowadzi mnie ta droga.
Coś w środku mówi mi, że wszystko będzie dobrze, a ja ufam mojej intuicji. Tylko chciałabym pożyć, tak na 100 procent własnym życiem, ale dlatego mamy wolną wolę, aby dokonywać wyborów.


Komentarze