Gruzja w moich myślach - migawki z podrózy


Gruzja - tak to się wszystko zaczęło

Ponad 2 lata marzyłam o tym żeby polecieć do Gruzji. Wcześniej niewiele wiedziałam o tym kraju i nigdy nie myślałam, że się tam znajdę. Podczas pobytu w Wilnie, któregoś dnia zdarzyło mi się jeść kolację w małej gruzińskiej restauracji. Mimo tego, że była to sieciówka, zakochałam się w chaczapuri adżarskim.

 Zaczęłam szukać informacji w Google i tak to się wszystko zaczęło

Podróż do Gruzji zajęła mi aż 2 lata, ale największą przeszkodą nie były kilometry, czy strach przed lataniem. Bilet na samolot był po prostu za drogi. Poza tym mogę sobie pozwolić na jedną wycieczkę zagraniczną w roku, a w Polsce też jest wiele miejsc, które chciałoby się zobaczyć. Wracając do Gruzji, udało mi się tam pojechać dzięki wsparciu znajomych i stronie zrzutka.pl. Do samego końca nie wiedziałam czy to wszystko wypali. W tym czasie miałam straszne problemy z kręgosłupem, a przed samym wylotem bardzo się rozchorowałam. Jak to u mnie, musiało być trochę przeciwności losu.

W październiku 2019 roku, w Gruzji spędziłam 7 dni. Zwiedzałam Tibilisi i Kutaisi. Niby to mało, ale uważam, że na pierwszy raz, zupełnie wystarczająco.

Tibilisi jest dużym, zatłoczonym miastem z rozrywkami na każdym kroku. Naprawdę nie można się tam nudzić. Mogłabym o tym tygodniu napisać z 10 postów, jednak myślę, że ograniczę się do 2. Pierwszy z moimi wrażeniami, a drugi z informacjami praktycznymi.

Pierwsze dni w Gruzji

Samolot tanich linii lotniczych ląduje na małym lotnisku w Kutaisi. Teraz już wiem, że nie trzeba martwić się o transport z lotniska i nocleg. Drzwi wejściowe dosłownie oblegane są przez Gruzinów, którzy chętnie zaopiekują się turystami. W gotowości czekają również taksówki Bolta. 
My zarezerwowałyśmy nocleg wcześniej i pierwszą noc w Gruzji spędziłyśmy na wsi w zawilgotniałym zimnym domu, skąd rano dosłownie uciekałyśmy przed panem, który bardzo chciał na nas zarobić. Ceny zamienił sobie na euro i udawał, że w żaden sposób nie może się z nami dogadać. Byłyśmy nie tyle, co przestraszone tym, co nas dalej spotka, co zniesmaczone. Rano, po śniadaniu, które kosztowało fortunę, pieszo udałyśmy się w stronę miasta. Na szczęście stopem dojechałyśmy do celu, a potem od razu w drogę, marszrutką do Tibilisi. Kolejny dzień w Gruzji również nie był naszym najlepszym.

Tibilisi 

Tibilisi 

Po kilku godzinach podróży dotarłyśmy do miasta, głodne i zmęczone. Poprzedniej nocy nie mogłyśmy naładować telefonów, więc po prostu się rozładowały, a my oczywiście się zgubiłyśmy. Godzinami krążyłyśmy po bocznych uliczkach miasta aż zrobiło się ciemno i beznadziejnie. Nikt nie wiedział dokąd mamy iść. W końcu wpadłyśmy na pomysł, że pójdziemy do hotelu i poprosimy recepcjonistę o pomoc. Biedny chłopak, chyba 3 razy wzywał taksówkę, ale w końcu udało się. Dojechałyśmy do hostelu, a tam... ciemno i pusto. Nikogo nie było. Obeszłyśmy wszystkie pobliskie budynki, ale tutaj także nikt nie wiedział nic o żadnym hostelu. Na szczęście znalazłyśmy mały sklepik, gdzie sprzedawczyni miała numer do właściciela i zostałyśmy uratowane.

Okazało się, że w dniu naszego przyjazdu odbywało się święto miasta - Tibilisoba. Przygotowania rozpoczynają się kilka tygodni wcześniej. Gruzini kochają świętować i podchodzą do tego tematu bardzo profesjonalnie. Nasz gospodarz poszedł się bawić, pić, tańczyć i po prostu o nas zapomniał. Ale w końcu przyjechał. Dostałyśmy swój upragniony pokój, całe morze gruzińskiego wina i czaczy w ramach przeprosin. Był też pierwszy gruziński toast, bardzo długi, wyczerpujący, ale przede wszystkim serdeczny, jak sam właściciel. 

Eduard wrócił do zabawy, a my padłyśmy w naszym małym ciemnym pokoju, bez okien i spałyśmy baaaardzo długo. Mimo tego, że pokój nie miał okien, w porównaniu z miejscem, gdzie spałyśmy poprzedniej nocy, wydawał się być apartamentem. Ogólnie warunki w hostelu były bardzo dobre. Jeśli jest czysto i wszystko, co potrzebne do gotowania, zrobienia herbaty i umycia się jest pod ręką to jestem zadowolona. Jak się następnego dnia okazało, wszędzie z hostelu miałyśmy blisko, nawet na piechotę. 

Tibilisi - zwiedzanie i wrażenia

Jak już wcześniej pisałam, Tibilisi jest pięknym, ogromnym miastem. Można zwiedzać całymi dnami, schodzić podeszwy od butów, a i tak wszystkiego nie zobaczyć. Niczego tam nie brakuje. 

Są sklepy, centra handlowe, dyskoteki, restauracje, lumpeksy, bazary - można dostać oczopląsu i paść z wrażenia. W Tibilisi wszędzie można się łatwo dostać - taksówką, metrem, autobusem, transportem prywatnym. Jest dość tanio, jeszcze, bo ceny cały czas idą w górę.


Co zwiedzić w Tibilisi?

Nie można cały czas chodzić małymi, zapomnianymi uliczkami i zaglądać ludziom w okna, zachwycać się pięknem starych, rozpadających się budynków, drewnianych nastawek, krętych schodów. Odwiedzać małych, ciasnych sklepików, prawie pustych...Trzeba koniecznie udać się na Stare Miasto i dosłownie wtłoczyć się w wyluzowaną atmosferę bez potrzeby żadnego pośpiechu. Można spacerować, zmieniać knajpki, odpalać papierosa za papierosem i nie mieć żadnego celu. Przy okazji żeby dostać się do centrum, trzeba się przejść główną ulicą Tibilisi - Aleją Szota Rustawelego, mijając parlament i operę. Najlepiej zrobić to wieczorem, lub w nocy. Miasto jest pięknie podświetlone. Serce Tibilisi to plac Wolności. Na środku stoi kolumna z pozłacaną figurą św. Jerzego (patrona Gruzji). Wszędzie coś gra, zazwyczaj repertuar już dawno u nas zapomniany, jak The Cure czy East 17, albo po prostu techno.  Na starówce obok siebie znajdziemy ormiańskie i gruzińskie cerkwie, meczet i synagogę żydowską - niezła mieszanka, prawda?

Gdy już skończymy jeść, pić, robić zakupy, możemy zwiedzać kościoły, łaźnie lub pojechać kolejką linową na wzgórze, gdzie znajduje się pomnik Matki Gruzji. Kolejna kolejka szynowa w mieście zawiezie nas do Mtatsaminda Amusement Park. Można spędzić tam cały dzień lub dwa i bawić się jak dziecko. Chociaż to wesołe miasteczko jest mocno postkomunistyczne to bardzo mi się podobało. Odważyłam się wejść na stare koło widokowe. Nadgryzione zębem czasu wagoniki mocno chybotały się na wietrze, ale widok był nieziemski. Park rozrywki znajduje się na górze i widać stamtąd całe miasto. Jeśli mamy dość zgiełku miasta, a nie chcemy siedzieć w parkach, w których się nic nie dzieje, to jest idealne miejsce do relaksu.

Czurczele i koty na Bazarze Dezertera 

Kolejnym miejscem, które zrobiło na mnie wrażenie był Bazar Dezertera. Myślę, że nic tak bardzo nie było przesiąknięte gruzińską kulturą, jak to miejsce. Jest tam wszystko - warzywa, owoce, sery, czurczele, podróbki ubrań, o których nie ma pojęcia sam producent, dekoracje i wszystko, co może być potrzebne, o czym w ogóle nie miałeś pojęcia. Na bazarze nikt nie przejmuje się wymogami Sanepidu. Ludzie najczęściej sprzedają to, co wytworzyli sami, jeśli chodzi o produkty spożywcze. Oczywiście, trzeba się targować. Bez tego nie ma żadnych zakupów. Czasem spróbują cię oszukać, a czasem będą wciskać ci w ręce różności do spróbowania, a nawet dadzą coś w prezencie. Jest tam pełna różnorodność. Na Bazarze Dezertera kupiłyśmy najlepsze na świecie pomidory, ogórki, kiszonki i sery. W życiu nie jadłam czegoś tak pysznego. Nigdzie indziej jedzenie nie smakowało mi w ten sposób. Być może chodzi o cieplejszy klimat, brak ulepszaczy. To, co kupujemy w sklepach w Polsce jest naprawdę bez smaku.

Dość dziwna i niespotykana nazwa targowiska wzięła się oczywiście z historii samego miejsca. Podczas wojny rosyjsko-gruzińskiej w latach 20, żołnierze sprzedawali swoją broń i ekwipunek - stąd w nazwie słowo "dezerter".


Zimne piwo w budzie na bazarze pomagało walczyć z upałem

Odwiedziłyśmy również Narodowy Ogród Botaniczny - piękną oazę zieleni, usytuowaną na obrzeżach centrum. Przeszłyśmy przez galerię handlową - znak nowych czasów i europejskości, ale celem tej wizyty były tak naprawdę kantor, łazienka i możliwość zjedzenia czegoś na szybko.

Fascynująca była wizyta na pchlim targi na Suchym Moście. Na targowisku można było znaleźć wszystko - od złomu, antyków, pamiątek, książek, obrazów. Wymieniać można długo. To miejsce do nadawania wysłużonym przedmiotom nowego życia. Osobną przestrzeń targowiska zajmowali artyści i piękne dzieła sztuki - obrazy, rzeźbione rogi do wina, ręcznie tkane ubrania. Wydaje się, że na Suchym moście czas stoi w miejscu. Zanim się zorientowałyśmy, minęło pół dnia. To chyba moje lubione miejsce w Tibilisi, z własnym, niepowtarzalnym klimatem - dobre do nabrania sił do wieczornych szaleństw w centrum miasta. Swoją drogą, w całej Gruzji, w małych sklepikach można kupić pyszną kawę w małych, papierowych kubeczkach, pójść z nią na ławkę i obserwować wszystkie cuda wokół.

Diabelskie koło widokowe w parku rozrywki

Kilka zdjęć ze stoisk na Suchym Moście:





Udało się nam również odwiedzić pub, prowadzony przez polkę - Bar Warszawa. Polskiego piwa nie było, jednak miałyśmy okazję porozmawiać z innymi turystami, przewodnikami i wypytać na przykład o to, gdzie iść na kolację oraz poznać odrobinę szczegółów z życia polskiego emigranta. Takich akcentów w Gruzji jest więcej. Są polskie hostele i kościół.


Kutaisi - tylko jeden dzień

Park w Kutaisi

Niewiele czasu spędziłyśmy w tym małym mieście. Po pobycie w Tibilisi, jednak odetchnęłam z ulgą - mniej hałasu, spalin i ludzi. Miasto jest bardzo ładne. Nie rozumiem dlaczego większość ludzi pisze, żeby omijać tę lokalizację. Nie ma tyle bodźców i atrakcji, co w Tibilisi, ale można się tam zatrzymać na 2, a może nawet 3 dni. Można kupić kawę, gruziński chleb, czy chaczapuri i spędzić trochę czasu w parku. Można podziwiać złotą fontannę Kolchidy, z figurkami zwierząt, które otaczają tamadę. Fontanna jest pięknie podświetlona w nocy. Oprócz tego można również zwiedzić katedrę Bargata, wpisaną na listę światowego dziedzictwa UNESCO i obserwować tradycyjną ceremonię ślubną. Można również wykupić wycieczkę do Jaskini Prometeusza i dalsze rejony. Kutaisi to doskonała baza, jeśli chcemy poznać mniejsze gruzińskie miejscowości lub udać się do słynnego Batumi. Na tym możliwości się nie kończą. Możemy udać się na spacer w najstarszą część miasta, gdzie pełno jest bogatych domków jednorodzinnych i piękne widoki. Informacja turystyczna na skraju starego miasta to punkt drukowania kart pokładowych dla turystów - oczywiście nieoficjalny. W Kutaisi jest też targowisko - oczywiście o wiele mniejsze niż w Tibilisi, ale równie dobrze zaopatrzone. W centrum miasta jest trochę knajpek i sklepów Jest także lotnisko. Gdyby nie ono, pewnie nikt by do Kutaisi tak naprawdę nie przyjeżdżał.

Fontanna Kolchidy na środku ulicy w centrum Kutaisi

Część starego miasta w Kutaisi

Kilka słów na koniec

Zarówno w Tibilisi, jak i w Kutaisi jest pełno bezpańskich psów. Większość z nich jest zaczipowana, ale to przykry widok. Są wychudzone i naprawdę w złym stanie. Zdarzyło się nam dokarmiać kilka piesków, co wprawiało w zdumienie lokalsów. Psiaki są przyjazne i zawsze liczą na jakiś kąsek, nawet na same głaski. Oczywiście walczą między sobą. Na lotnisku w Kutaisi psiaki witają i żegnają podróżnych... To był dla nas naprawdę niecodzienny widok, czasem ściskający za serce, czasem wyciskający łzy z oczu. Wiem z poradników, że psy w mieście są łagodne i przyzwyczajone do ludzi, ale na wsi, lepiej się do nich z taką ufnością nie zbliżać. 


Gruzja to najciekawszy kraj, w jakim dotąd byłam. Od samego powrotu do Polski planuję tam wrócić. Tego klimatu, pysznego jedzenia, w większości serdecznych ludzi i pięknych widoków  nie można zapomnieć. Jest sporo rzeczy, które mnie w tym kraju irytuje - na przykład sposób w jaki traktowane są kobiety i zwierzęta. Wiem, że to w dużej mierze warunkowania kulturowe, ale zdarzyło nam się pogonić chłopa, który na naszych oczach kopał psa... 


Przez cały nasz pobyt przemieszczałyśmy albo marszrutką, metrem, na nogach, czasem taksówką. Pierwsza opcja to niezapomniane przeżycie. Gruzini jeżdżą brawurowo i czasem lepiej zamknąć oczy. Mimo wszystko zawsze docierałyśmy do celu szybko i bez żadnego uszczerbku. 

Nie wszystko udało się nam zwiedzić, zobaczyć na własne oczy. Ze względu na problem z kręgosłupem, nie dałam rady maszerować całymi dniami, czego bardzo żałuję. Ale pewnie tam wrócę. Jeśli nie uda się w tym roku, to pewnie w następnym. 




O Gruzji jeszcze napiszę. Nie sposób tego wszystkiego ogarnąć na raz. Jest tu dużo ogólnych informacji. Następnym razem będzie bardziej praktycznie, bo pewne rzeczy lepiej po prostu wiedzieć przed przyjazdem. 




Komentarze

  1. Podobno warto wybrać się do Gruzji, mamy w planach z mężem, ale na pewno nie w tym roku

    OdpowiedzUsuń
  2. Gruzja to bardzo specyficzne miejsce, mi osobiście się podoba, ma swój urok i też chętnie bym je odwiedziła

    OdpowiedzUsuń
  3. Gruzję mam w planach od jakiegoś czasu, może w przyszłym roku się uda odwiedzić to miejsce

    OdpowiedzUsuń
  4. Zawsze chciałam pojechać do Gruzjo, ale skoro piszesz ,że kobiety i psy są źle traktowane, to straciłam chęć...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzeba to sprawdzić na własnej skórze. My wróciłyśmy w jednym kawałku i nikt nie próbował nam zrobić niczego złego ;). Trzeba pamiętać o tym, że to moja subiektywna ocena.

      Usuń
  5. Piękny to wpis ... Prawdziwy, bo czuć w nim przemierzone kilometry i upał, który gasiło piwo. Są w nim rzeczy, które mnie cieszą i martwię troszkę. Stosunek do czworonogów i kobiet ... Jakaś pazerność na pieniądze ... Ale jedzenie i kiszonki kuszą :D W tym roku napięty budżet, ale chciałabym, może za rok, wyruszyć ku takiej przygodzie :) Dziekuję Renia za ten dopracowany reportaż z podróży <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żądza pieniądza dotyka każdego ;). Mimo wszystko kraj godny urlopowania w nim i przemierzania wzdłuż i wszerz.

      Usuń
  6. Miejsce zdecydowanie bardziej w moich klimatach od wszystkich ciepłych krajów:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Kocham czytać blogi podróżnicze! Bardzo zwracam uwagę na to, jakie życie mają własnie zwierzęta w danym miejscu. Dlatego podczas podróży do Japonii i pomimo mojej miłości do tego miejsca, nie odwiedziłam ich ZOO.

    OdpowiedzUsuń

Publikowanie komentarza