Podróżne małe i duże - Wilno 3

Trzecia wycieczka na Litwę do Wilna była spokojnym dopełnieniem 2 poprzednich wyjazdów. Tym razem, żeby nie spędzić całego dnia w autokarze, poleciałyśmy samolotem. 

Na wycieczkę wybrałyśmy sobie z M. czas, kiedy każdy normalny człowiek najchętniej nie wychodzi z domu - luty i największe tej zimy mrozy i śnieżyce. Ubrane na cebulkę ruszyłyśmy na lotnisko, gdzie czekało na nas 3,5 godzinne opóźnienie. Wspaniały początek podróży. Żeby było ciekawiej M. zaczęła mieć problemy z zębem i zrobiło się tak poważnie, że w pewnym momencie pomyślałam, że w ogóle nigdzie nie polecimy. Ale udało się! Ściągnęłyśmy taksówką od mojej mamy antybiotyk (mama ma zawsze wypełnioną po brzegi apteczkę) i w końcu wsiadłyśmy do samolotu, prawie w ostatniej chwili. Nadal twierdzę, że latanie samolotami nie jest dla mnie najprzyjemniejsze ale jak pomyślę o 12 godzinach w autokarze to chyba wolę sposób przemieszczania się drogą powietrzną. 

Wieczorem doleciałyśmy na miejsce. Uliczki i okolice już znajome więc szybko znalazłyśmy hostel. Zameldowałyśmy się w Sleep in B&B. Jest to miejsce dla mało wymagających ludzi - czyli miejsce do spania, znośna wspólna łazienka i kuchnia. Wszędzie w miarę czysto ale strasznie zimno. Ogrzewanie działało tylko w pokoju i trochę w łazience. Wiosną i latem pewnie jest tam przyjemniej. Ten hostel już na zawsze będzie mi się kojarzył z serwowanymi w należącej do niego knajpce śniadaniami. Codziennie jajka w różnej postaci i owsianka. Przyleciałyśmy w niedzielę więc na szczęście załapałyśmy się na jedyny dzień z naleśnikami. Do tego kawa i herbata a pierwszego dnia powitali nas darmowym drinkiem. Nie ma co narzekać - w końcu wszystko za darmoszkę ale na jajka jakoś patrzeć dotąd nie mogę ;). Knajpka nazywa się Station24 i ogólnie jest ok. Wybrałyśmy się tam któregoś dnia na piwo. 


Nasz pobyt w Wilnie był bardzo leniwy. Przyjechałyśmy odpocząć i odciąć się trochę od świata. więc nigdzie się nie śpieszyłyśmy. Głównie buszowałyśmy z M. po sklepach i chodziłyśmy na krótkie spacery. Dłużej chodzić się nie dało bo temperatura spadała poniżej -20 stopni także dosłownie gile w nosie zamarzały. Wspomagałyśmy się herbatą w termosie ale niewiele to dawało. Najbardziej podobało mi się jak zawsze zwiedzanie małych, bocznych uliczek, zapomnianych przez świat i podwórek, z których nie wiadomo czy się wyjdzie. Oczywiście była też Starówka, Ostra Brama i tereny wokół Góry Giedymina. Wszędzie widać było już przygotowania do sławnych Kaziuków. Szkoda, że nie zdążyłyśmy uczestniczyć w tym jarmarku - bilety w tym okresie były już jak dla mnie za drogie.

Mogę śmiało powiedzieć, że w Wilnie czuję się już bardzo swojsko. Znam już okolicę, dużo ludzi mówi po polsku. Z angielskim jest mały problem ale w razie czego można się jeszcze poratować rosysjkim. Niestety ludzie pytali się, co się dzieje u nas w kraju, o rząd, narastający nacjonalizm a nawet faszyzm... i aferę z "polskimi obozami". Trochę przykro mi się zrobiło gdy tego wszystkiego słuchałam. 

Spotkałyśmy polskich konserwatorów zabytków, pracujących w ambasadzie, Ukraińców, Rosjan i Niemców ale ludzie z reguły niezbyt rozmowni a już najbardziej Litwini. To zimno chyba zamknęło wszystkim usta i odebrało chęci do bratania się...

Pewnego wieczoru zawędrowałyśmy do małej pijalni piwa żeby się ogrzać. Atmosfera była dziwna, niezbyt przyjazna. Okazało się że razem z nami ogrzewają się i doprowadzają do porządku panie na telefon. Nie byłyśmy tam mile widziane. Wypiłyśmy piwo albo dwa, pooglądałyśmy litewską telewizję i zmyłyśmy się szybkim krokiem do hostelu. 

Oprócz terenów wokół Góry Giedymina najbardziej lubiłam chodzić na Halę Targową z regionalnymi produktami. Mają tam między innymi pyszne jogurty, których nie można dostać w Polsce. Zakochałam się też w czosnku kiszonym. Zresztą można tam dostać wszystko - ciastka, kindziuki, kiełbasy, pieczywo - wszystko regionalne a sprzedawcy częstują wszystkim z nadzieją że kupisz wszystko w dużych ilościach. 
Uwielbiam litewskie sery i kiszonki. Będzie mi tego brakowało aż do jarmarku w Gdańsku. 

Przykrą niespodzianką okazał się zakaz sprzedaży alkoholu wprowadzony w styczniu. Nie wiedziałyśmy o tym. W tygodniu obowiązywał od 20 a w niedzielę od 15. Więc pewnego razu nakupowałyśmy duże ilości Dziugasa, piwa i zostałyśmy tylko z serem... Następnego dnia zaopatrzyłyśmy się w potrzebny asortyment dużo wcześniej. 

Dziugas to twardy i ostry w smaku ser długodojrzewający. Jest super przekąską do piwa i nie tylko. Na zdjęciu widać akurat inny, tańszy ale równie dobry ser, który można dostać w wileńskich marketach. Jadłam też wafle przekładane miodem, pyszne batoniki twarogowe i gorzką czekoladę z mango. W Gdańsku już od długiego czasu ich nie wiedziałam. Ze względu na bagaż podręczny nie mogłam zrobić dużych zakupów do domu, a szkoda.Oczywiście zachwycam się wszystkim, tylko nie mięsem bo dla mnie mogłoby nie istnieć wciąż. Przez tyle lat nie jadłam mięsa, że teraz nie jest mi potrzebne do szczęścia.

Bardzo dobrze będę też wspominać wizytę w gruzińskiej knajpce Chaczapuri. Mogłabym tam siedzieć i po prostu się obżerać. Szkoda, że w Gdańsku nie ma takich miejsc. Tam było po prostu pysznie i tanio - a to lubię najbardziej. 

Może za jakiś czas odwiedzimy jeszcze Kowno. Teraz było za zimno na takie wycieczki a mu zupełnie nieprzygotowane do takich temperatur. 

W czerwcu odwiedzamy kolejny raz Wrocław. Już nie mogę się doczekać. Tam nie brakuje gruzińskich knajpek i powinno być już ciepło. Do tego czasu nigdzie się nie wybieram. Znowu choruję i po prostu siedzę w domu. Muszę popracować nad polepszeniem kondycji, powrotem do zdrowia i nabraniem sił. Mam dość chorowania... 

W ogóle teraz marzą mi się ciepłe kraje. Chciałabym zobaczyć Maltę, Włochy, Grecję. Nigdy nie byłam w tych miejscach. Jest koniec zimy a że pogoda nas zazwyczaj nie rozpieszcza to po prostu chciałabym się wygrzać i nacieszyć słońcem. 


Niedługo rozpocznie się sezon działkowy dlatego odkładam wszelkie podróże, zbieram kasę i siły na nowe wypady w dalsze miejsca. Szczerze mówiąc teraz jestem za słaba na jakiekolwiek wypady. Nawet nad gdańskie morze... 

Ale naprawdę nie ma nic lepszego niż spakowanie niewielkiego plecaka, zabookowanie hostelu albo jakieś noclegowni i ruszenie przed siebie. Mogłabym tak żyć, pracować zdalnie, codziennie z innego miejsca i tylko czasem wracać na stare śmieci. Może któregoś pięknego dnia napiszę, że mi się to udało i na przykład nie muszę pędzić każdego ranka do pracy przez całe miasto. 


Komentarze

  1. Wilno pamiętam z lat osiemdziesiątych. Było dla nas miastem niemal egzotycznym, dziwnym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wtedy jeszcze do Wilna jeździło wielu Polaków nawet na zakupy. Nie było euro :).

      Usuń
  2. Nigdy nie byłam w Wilnie , ale bardzo chciałabym kiedyś pojechać :) Super post!

    https://xgabisxworlds.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Nigdy nie byłam w Wilnie.
    Na pewno w przeszłości chciałabym odwiedzić te nieznane mi jak dotąd krainy :)
    Pozdrawiam i zapraszam do mnie!

    lublins.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz