Film, który zmiażdżył mi serce

Siedzę w domu od kilku dni i zdarzyło mi się zrobić mały wieczór filmowy - taki z piwkiem i popcornem dla zabicia czasu i relaksu. 

Obejrzałam film, o którym słyszałam już wcześniej ale nie miałam odwagi go włączyć przez to, że rok temu musiałam uśpić mojego psa i emocje były po prostu zbyt świeże. Chcę Wam polecić film, który wycisnął ze mnie morze łez, czasem trochę uśmiechu i ciepła. 

Ten film to Mój przyjaciel Hachiko z 2009 roku. Może to i staroć ale godna polecenia. Gra tam Richard Gere i cudowny pies. Cała fabuła opowiada o więzi, która tworzy się miedzy nimi. To prosta opowieść o miłości i lojalności. Człowiek znajduje psa i mimo przeciwności zajmuje się nim. Pies się odwdzięcza, odprowadza swojego pana do pracy na stację kolejową i zawsze czeka na jego powrót, zawsze w tym samym miejscu, nawet 10 lat po śmierci właściciela.

To nie jest ambitne kino i nawet nie udaje, że takim jest. Nic się tam nie dzieje. Ładne obrazki, kilka ciepłych postaci - profesor i jego żona, małe miasteczko, piękny i mądry pies. To jest typowy wyciskacz łez. Ma się przedrzeć przez wszystkie nasze bariery ochronne i nas zmiażdżyć. Czasem warto obejrzeć sobie taką pozycję i trochę się rozczulić, przypomnieć sobie o uczuciach, tych dobrych uczuciach. Trzeba tylko wcześniej zaopatrzyć się w karton chusteczek. 

Warto obejrzeć sobie ten film o miłości i tęsknocie w chłodny jesienny wieczór nawet jeśli jest się totalnym zatwardzialcem. Ja akurat jestem psiarą i odebrałam to wszystko bardzo emocjonalnie. To chyba jeden z takich filmów, który sprawia, że po obejrzeniu chce się być lepszym człowiekiem więc oglądajcie i płaczcie albo nie, jeśli potraficie się powstrzymać. 

Komentarze